piątek, 27 listopada 2015

Groszek na Majorce. Koncert w jaskini i najbardziej przerażająca droga świata


W rytmie walca Straussa kontynuuję archiwizowanie swoich wspomnień z podróży. Dzisiaj zabieram się za jedno z piękniejszych miejsc, które dane mi było zobaczyć. Piszę co nieco na temat Majorki, czyli największej hiszpańskiej wyspy.

Dane było mi znaleźć się tam aż dwa razy - raz z rodzicami, a raz z moim chłopakiem. Powiem jednak szczerze, że nie obraziłabym się gdyby ktoś zasponsorował mi kolejny wyjazd, bo pomimo tego, że spędziłam tam łącznie dwa tygodnie jestem pewna, że zobaczyłam tylko 1/100 tego, co Majorka ma do zaoferowania.

Podczas pierwszego wyjazdu (z rodzicami) mieszkałam w miejscowości Cala d'Or (zaznaczona  na mapie poniżej, gwiazdką), która jest typowym turystycznym miasteczkiem = nie ma specjalnie wiele do zaoferowania turystom (oczywiście nie licząc plaży!). Właśnie dlatego niezbędne okazało się wypożyczenie samochodu, który pozwolił nam na zobaczenie całej wschodniej części wyspy.

Za drugim razem naszym punktem wypadowym stało się, położone niedaleko lotniska i stolicy, S'Arenal. Wtedy również nie mogliśmy wysiedzieć zbyt długo w jednym miejscu, więc wypożyczyliśmy skuter (ale o tym później).


Napiszę tutaj kilka słów na temat, który na pewno interesuje wiele osób - koszty wyjazdu. Powiem szczerze, że podczas wyjazdu z rodzicami nie kompletnie się tym nie interesowałam (takie plusy wyjeżdżania z rodzicami). Natomiast wyjazd z Adamem też nie był jakoś specjalnie drogi, ponieważ znaleźliśmy ofertę last minute z wylotem i przylotem z Bydgoszczy. Oczywiście nie przepadam specjalnie za wyjazdami typu all inclusive, więc polecam jednak samodzielną organizację. Problemu nie powinno stanowić upolowanie biletów niskobudżetowych linii lotniczych (oczywiście latamy bez bagażu rejestrowanego, a bilet kupujemy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem). Moja koleżanka zorganizowała w taki sposób wyjazd na Majorkę rodzinie. 


Minęło już trochę czasu od mojego wyjazdu z rodzicami, ale mam cichą nadzieję, że coś z niego jeszcze pamiętam (chociaż muszę przyznać, że najlepiej pamiętam to, że akurat wtedy umarł Andrzej Lepper) Przez pierwsze kilka dni zamieniliśmy się w typowych turystów i spędzaliśmy całe dnie, opalając się nad wodą. Po wypożyczeniu samochodu zabraliśmy się za zwiedzanie wschodniej części wyspy. Jeździliśmy po krętych dróżkach, podziwiając widoki i zatrzymując się, co jakiś czas przy kolejnych, pięknych plażach. Odwiedzaliśmy też wiele miasteczek, w których najbardziej zachwycały nas oczywiście lokalne targowiska. Cały czas ze zdziwieniem przyglądaliśmy się licznym skrzynkom pocztowym, na których widniały głównie niemieckie nazwiska - Niemcy na emeryturze masowo wykupują sobie domy na Majorce.


Podczas jednej z naszych wypraw znaleźliśmy się w okolicach Porto Cristo, gdzie zwiedzić można cztery, ogromne jaskinie - Cuevas Del Drach. Co więcej, w jaskiniach znajdują się dwa podziemne jeziora. Można pływać po nich łódkami, odbywają się tam również koncerty. Widok jest niesamowity.

fot. http://blog.grupoeuropa.com/index.php/las-cuevas-del-drach-en-mallorca

Przejdźmy jednak do wyjazdu z Adamem, który był zresztą jedną z naszych pierwszych, wspólnych podróży. Dotarliśmy na miejsce, wytrzymaliśmy może jeden, dwa dni leżenia plackiem na słońcu i postanowiliśmy, że koniecznie musimy zwiedzić, jak najwięcej się da. Postanowiliśmy wypożyczyć skuter. Okazało się, że nie jest to takie proste, zważając na to, że żadne z nas nie miało jeszcze prawa jazdy. Dodajmy do tego jeszcze, że mój chłopak miał wtedy 17 lat, a ja byłam pełnoletnia od miesiąca. Uparliśmy się jednak i stwierdziliśmy, że nie odpuścimy. W akcie desperacji udało się nam nawet załatwić skan karty motorowerowej Adama. Byliśmy chyba wystarczająco namolni, bo początkowo uparty pan dał wreszcie za wygraną. Wypożyczył nam skuter na skan papierka, który wygląda tak nieprofesjonalnie, że ja na jego miejscu roześmiałabym się takiemu klientowi w twarz.


Tak oto ruszyliśmy na podbój Majorki na naszym profesjonalnym sprzęcie (co z tego, że licznik prędkości nie działał?).


Naszym pierwszym celem stała się Valldemossa. Jest to niewielka miejscowość, w której znajduje się dawny klasztor kartuzów. Dla nas najważniejsze było jednak to, że to właśnie tutaj Chopin spędził trochę czasu ze swoją kochanką George Sand (którą poznał zresztą dzięki Ferencowi Lisztowi - węgierski akcent musi być). 
"Jestem w Palmie między palmami, cedrami, kaktusami, oliwkami, pomarańczami, cytrynami, aloesami, figami, granatami itd. Co tylko Jardin des Planes ma w swoich piecach. Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie. W dzień słońce, wszyscy letnio chodzą, i gorąco; w nocy gitary i śpiewy po całych godzinach. Balkony ogromne z winogronami nad głową; mauretańskie mury. Wszystko ku Afryce, tak jak i miasto, patrzy. Słowem, przecudne życie. (...) Mieszkać będę zapewne w przecudownym klasztorze, najpiękniejszej pozycji na świecie: morze, góry, palmy, cmentarz, kościół krzyżacki, ruiny moskietów, stare drzewa tysiącletnie oliwne. A, Moje Życie, żyję trochę więcej... Jestem blisko tego, co najpiękniejsze."

Po raz pierwszy natrafiłam na ten cytat w muzeum Chopina na Tamce. Warto się wybrać (taka malutka dygresja)!

Penetrując wyspę co rusz natrafialiśmy na takie widoki:

Jeździliśmy naszym skuterkiem nawet autostradami, zastanawiając się czemu inni kierowcy tak dziwnie na nas patrzą, a przede wszystkim dlaczego tak wiele osób na nas trąbi. 

W pewnym momencie okazało się, że pozostało nam już niewiele czasu do oddania naszej machiny. Byliśmy dokładnie po drugiej stronie wyspy, a w planie była jeszcze Sa Calobra, czyli droga zaliczana do tych "najbardziej przerażających dróg świata". Staliśmy na jej szczycie i patrzeliśmy w dół. Trzeba przyznać, że bardzo kusiło nas pokonanie 13 kilometrów i dotarcie do urokliwej zatoczki, znajdującej się na końcu. 

http://suikyounoshaho.tumblr.com/post/107582669007/photography-and-equipment-httpifttt17otxbt

Czas pozostawał jednak nieubłagany. Pozostała nam godzina, a od miejsca wypożyczenia dzieliło nas ponad 70 kilometrów. Nie daliśmy jednak za wygraną, mając nadzieję, że Hiszpanie nie są aż tak punktualni. Zaczęliśmy zjeżdżać w dół trasą, liczącą podobno 118 zakrętów (najbardziej spektakularny z nich ma 360 stopni),  znowu wzbudzając sensację wśród mijających nas (głownie terenowych) samochodów. 

Na pewnej motocyklowej stronie scharakteryzowano tę trasę w taki sposób:
DŁUGOŚĆ TRASY 13 KM
NAWIERZCHNIA ASFALT
MAKSYMALNE NACHYLENIE 7%
MAKSYMALNA WYSOKOŚĆ 682 M. NPM.
SERPENTYNY TAK
STOPIEŃ TRUDNOŚCI TRUDNY
Było bardzo gorąco, a nasz skuter nie do końca dawał sobie radę i co chwilę gasł. Nie miało to zresztą większego znaczenia, bo na razie jechaliśmy przecież dopiero w dół. Ale daliśmy radę!



Nie, niestety nie jest to zdjęcie plaży, która znajdowała się na końcu trasy. Właściwie to nawet nie wiem jak ona wygląda, bo po zjechaniu na dół zdecydowaliśmy się od razu wracać. To zadanie nie należało jednak do najłatwiejszych, bo skuter nie do końca radził sobie z tak dużym nachyleniem terenu. W pewnym momencie byłam nawet tak zdesperowana, że krzyczałam do mijających nas ludzi (takich w większych samochodach) i prosiłam ich o to, że spakowali nasz sprzęt i podwieźli nas na górę. Bezskutecznie. Do tej pory nie wiem jakim cudem udało nam się przebyć tę trasę.

Nie było zresztą wiele czasu na myślenie, bo czekał nas jeszcze powrót przez całą wyspę. Pokonaliśmy ją na prawdę w ekspresowym tempie. To jedyny moment, w którym cieszyłam się, że prędkościomierz nie działa, bo pewnie dostałabym tam zawału. Spóźniliśmy się około godziny, ale na szczęście ktoś nadal tam na nas czekał. Okazało się, że skuter był wyposażony w nadajnik GPS i właściciel monitorował na bieżąco naszą trasę. Nie do końca spodobał mu się fakt, iż poruszaliśmy się autostradami - wyjaśnił nam, że po takich drogach nie wolno jeździć aż tak małymi pojazdami (w głębi serca wiem, że i tak na pewno był pod wrażeniem długości naszej eskapady!). Właściwie to nie wiem, co zrobilibyśmy gdyby zatrzymała nas policja. Raczej nie spodobałaby się im wymięta kopia karty motorowerowej zamiast prawa jazdy.



W międzyczasie dwa razy wybraliśmy się również do stolicy wyspy - Palma de Mallorca. W piękne miasto, w którym można spędzić sporo czasu. Najbardziej znany zabytek miasta to Katedra La Seu.


Jeśli szukacie miejsca na wakacje to z całego serca polecam Majorkę!

4 komentarze :

  1. chyba zaczynam pakować walizkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. to ja też się pakuję mam dość zimnej Holandii!! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio jest tak zimno? Może z Holandii też są jakieś tanie loty? :> 

      Usuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka